Nagroda specjalnej troski
Każdy wielbiciel kina przyzna, że Oscary już dawno stały się nudne: przewidywalne, tendencyjne i koniunkturalne. Nie gnuśnieje natomiast kapituła Złotych Malin — ale wiadomo nie od dziś, że lepiej słucha się kąśliwych ironistów niż wytrawnych ekspertów.
W tym roku poznaliśmy największego zwycięzcę anty-Oscarów, jeszcze przed rozdaniem nagród. Zagrał w tylu złych filmach, że jury stworzyło z myślą o nim specjalną kategorię. Tym zwycięzcą jest oczywiście Niezniszczalny Bruce Willis a.k.a Hudson Hawk.
W kategorii Najgorszy film z Bruce'em Willisem w 2021 będzie rywalizować ze sobą aż osiem obciachowych bubli, jeden gorszy od drugiego. Średnia ich ocen z IMBD to imponujące 3.45/10 (dla porównania, jedna z największych porażek współczesnej kinematografii — Batman i Robin — ma notę odrobinę wyższą). Wybór na pewno nie będzie łatwy – już same tytuły przyprawiają o mdłości (do moich faworytów, bez wątpienia, zalicza się dzieło o enigmatycznym tytule Kosmiczny grzech, recenzja wkrótce…). Prawdziwy Armageddon. Z takiej pułapki nie uciekłby nawet sam John McClane.
Złote Maliny mają swoją długą i barwną tradycję. Brzydki i zły brat bliźniak Oscara przyznawany jest od 1981 i kojarzy się nierozerwalnie z wieloma znakomitymi nazwiskami, takimi jak Adam Sandler, Madonna, John Travolta czy Jennifer Lopez. Jednak bezdyskusyjnym rekordzistą Malin jest Sylvester Stallone. Filmowy Rambo triumfował (?) na gali aż 33 razy, co czyni go największym zwycięzcą wśród przegranych. Nie może jednak osiąść na laurach, bowiem jego młodsi koledzy z branży nie próżnują, i kto wie – może kiedyś uda im się przegonić mistrza? Dzisiejsze kino stwarza ku temu mnóstwo okazji.
Do historii przeszła też Halle Berry, która nie dość, że Malinę odebrała osobiście (poza nią zdobyły się na to jedynie trzy osoby), to jeszcze sparodiowała samą siebie sprzed kilku lat, kiedy to odbierała Oscara za Monster’s Ball. To trzeba zobaczyć.
Statuetka za Najgorszy film z Bruce'em Willisem w 2021 to nie jedyna specjalna nagroda w historii Malin. Kinowe gnioty i niewypały miały okazje rywalizować ze sobą w takich niezwykłych kategoriach jak: Największy brak szacunku dla życia ludzkiego i cudzej własności, Najgorsze usprawiedliwienie dla zrealizowania filmu czy Najgorszy film próbujący uchodzić za kino familijne. Oscary ze swoim Najlepszym filmem i Najlepszą reżyserią wyglądają przy tym jak ubogi krewny.
Bo to złe filmy były
Zanim jednak kariera Willisa skręciła na złe tory, nomen omen, wpuszczając aktora w maliny, Bruce miał okazję wystąpić w kilku naprawdę dobrych filmach. Do jego szczytowych osiągnięć bez wątpienia należą Pulp Fiction, Szklana Pułapka i 12 Małp (sam wysoko cenię westernową wersję Straży przybocznej Kurosawy, czyli Ostatniego Sprawiedliwego, który spotkał się jednak z chłodnym przyjęciem krytyków i poniósł finansową porażkę).
Willis nigdy nie był artystą o wielu twarzach, raczej aktorem-rzemieślnikiem, o tej jednej konkretnej, ale charakterystycznej i wiarygodnej. Bruce sprawdzał się dobrze w określonej konwencji i to trzeba mu oddać. A fakt, że współcześnie odcina kupony od dawnej sławy i nie dba o jakość produkcji, w których występuje... Cóż, fanom pozostaje mieć nadzieję, że szykowana na przyszły rok kolejna część Szklanej Pułapki, tym razem z rewolucyjnym dla serii tytułem — McClane — nie zasłuży na specjalną kategorię Złotych Malin.
Kariera Bruce’a Willisa przypomina mi poniekąd karierę Bogusława Lindy. Obaj sprowadzeni do roli naczelnych kinowych twardzieli lat dziewięćdziesiątych, potrafili też zagrać poważniejsze role dramatyczne (Willis w Szóstym zmyśle czy wspomnianych 12 Małpach, Linda w Człowieku z żelaza, Szamance czy Dekalogu). Obaj rozpoczynali karierę z ogromnym potencjałem, który gdzieś, niestety, roztrwonili po drodze. Linda miał dużo większe szczęście do reżyserów (grał u naszych najwybitniejszych: Holland, Wajda, Kieślowski, Żuławski) i może pochwalić się większą ilością znakomitych ról. Willis, w swojej filmografii, z wielkich reżyserów ma w zasadzie tylko Tarantino i jego Pulp Fiction (plus epizod u Wesa Andersona), a i tam nie wychodzi ze swojej standardowej roli i gra znów tę samą, willisową postać (choć oczywiście Butch w jego wykonaniu to klasa sama w sobie). Dopatrując się więc między nimi podobieństw, chodzi mi raczej o porównywalny wykres jakości, taką samą łatkę twardziela i jakby nie było – zmarnowany potencjał. Niestety publiczność lepiej pamięta niedawne wpadki niż dawne sukcesy. Willis prawdopodobnie zostanie zapamiętany jako chałturnik, mniej sympatyczna wersja Nicolasa Cage'a, niż jako solidny rzemieślnik, zadaniowiec, któremu udało się wystąpić w kilku kultowych produkcjach.
Jeśli ktoś ma jednak wątpliwości co do tego, czy Bruce Willis wyróżnia się jakimkolwiek — szeroko pojętym — talentem scenicznym, to myślę, że poniższy film rozwieje jego wątpliwości.
źródło zdjęcia głównego:
https://screenrant.com/die-hard-bruce-willis-face-mask-controversy-apology/